Mały pikuś, czyli Pikuj we wrześniu 2003r. – relacja

Będąc w lipcu 2003 roku na punkcie widokowym w polskich Siankach rozmyślałem, że fajnie by było połazić tam po drugiej stronie granicy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem że za 2 miesiące mi się to spełni. W 2003 roku ukraińskie Karpaty nie były już tak niedostępne, choć w Internecie można było spotkać sporo ostrzeżeń, że nie jest tam zbyt bezpiecznie. Oczywiście były to bajki ale powodowały zawsze jakiś mały dreszczyk emocji, który z perspektywy lat i wielu wyjazdów na Ukrainę wydaje się śmieszny. Na wrześniową wyprawę nie było zbyt wielu chętnych. Jak to zawsze bywa na początku wiele osób chciało jechać. Jak doszło do konkretów okazało się, że jedziemy we trójkę – Ja, Agnieszka i Aleksandra (Szaszka).

 

DZIEŃ 1

W drodze do Sianek

Wyruszyliśmy pierwszym, porannym pociągiem z Zagórza do Chyrowa i jechaliśmy praktycznie sami w całym składzie. Pociąg na tej trasie rozwija takie szybkości, że w trakcie jazdy można wysiąść z pierwszego wagonu, wysikać się i wsiąść do ostatniego. Zrobiło się widno i w końcu dojechaliśmy do granicy w Krościenku. Oprawa i tu zaskoczenie, pogranicznik się mnie pyta czy nie boję się puścić same panie na Ukrainę. Zdębiałem i zacząłem się zastanawiać o co chodzi. Funkcjonariusz widząc moją zszokowaną minę uśmiechnął się i oświadczył, że mam nie podpisany paszport. Wszyscy parsknęli śmiechem, podpisałem paszport i wjechaliśmy na Ukrainę. Na dworcu w Chyrowie zaraz otoczyli nas handlarze oferując fajki i wódkę. Daliśmy do zrozumienia, że interesuje nas raczej niedrogi transport do Sianek. Za chwilę siedzieliśmy już w starej Ładzie pędząc w kierunku Starego Sambora. Nasz kierowca widząc, że mamy plecaki ujawnił od razu swoją wiedzę na temat atrakcji turystycznych, które mijaliśmy po drodze. Pierwszy przystanek zafundował nam w Starej Soli przy ruinach polskiego kościoła. Następną atrakcją była cerkiew i zabytkowa dzwonnica w Jasiennicy Zamkowej. W okolicach Turki na drodze rogatki Ukraińskiej Straży Granicznej, sprawdzają paszporty i tzw kwitoczki, które wypełnia się na granicy. Po wszystkich formalnościach jedziemy dalej w kierunku Sianek podziwiając okolice i mażąc o świeżym powietrzu bo w naszej Ładzie zapach benzyny aż dusił.

W Siankach

Z naszego pojazdu wysiadamy na początku wsi, na wzgórzu, przy drewnianej cerkwi grekokatolickiej. Wcześniej wyczytaliśmy w Internecie, że Sianki znajdują się w strefie przygranicznej i nie można się po nich przemieszczać bez specjalnego pozwolenia. Oczywiście to była następna bajka o Ukrainie krążąca wtedy w sieci. Szliśmy powoli w dół w kierunku stacji kolejowej rozglądając się po otaczających nas zabudowaniach. Z Sianek chcieliśmy przejechać elektriczką przez Przełęcz Użocką do Wołosianki – to jena z najbardziej urokliwych tras kolejowych w Karpatach. Doszliśmy do stacji i jak się okazało do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze dużo czasu. Skierowaliśmy więc nasze kroki do sklepu by się schłodzić ukraińskim piwem. Zakupiliśmy odpowiednią ilość szacownego trunku i poszliśmy za sklep raczyć się zimnym napojem. Siedzieliśmy tak sobie w cieniu obserwując życie codzienne wsi, które skupiało się właśnie przy sklepie. Przed nami mała, murowana cerkiewka prawosławna, obok sławojka, którą postanowiła przetestować Szaszka. Wyszła z niej bardzo zdegustowana. Wokół cerkwi zbierał się coraz większy tłum i jak się zaraz okazało mieliśmy szczęście zobaczyć prawosławny ślub. Po ceremonii wykorzystując to, że cerkiew jest otwarta weszliśmy do środka by zobaczyć jej wnętrza. Po chwili dołączył do nas bardzo miły Pop, który oprowadził nas po świątyni. Na koniec pokazał nam obraz pochodzący z opuszczonej cerkwi w Sokolikach Górskich. Wróciliśmy z powrotem do konsumpcji piwa, gdy nagle wyleciała do nas sklepowa krzycząc – tu są Polaki, tu. Już myśleliśmy, że będą nas bili, ale sklepowa przyprowadziła do nas dwóch gości z plecakami. Jak się za chwilę okazało naszych rodaków z Płocka. Szybko nawiązaliśmy znajomość z Syrkiem i Oczkinsem i jak się też okazało mieliśmy takie same plany.

W drodze do Wołosianki

Wsiedliśmy w końcu do pociągu z kilometra na kilometr widoki stawały się coraz ciekawsze, wiadukty, tunele i wszystko pilnowane przez uzbrojone wojsko. Zaczęliśmy robić zdjęcia i gdyby nie ciekawość Szaszki byśmy mieli ich naprawdę sporo. Ola nagle zapragnęła zobaczyć jak wygląda kibel w elektriczce, upatrzyła sobie drzwi, które dla niej wyglądały jak te, do wiadomego przybytku i z wielkim hukiem je otworzyła. Jak się zaraz okazało to nie był kibel tylko jakieś pomieszczenie kierownika pociągu. Gość już pewnie długo nie trzeźwiał i się strasznie wq…. , że go ktoś obudził, wypadł ze swojej kajuty i zaczął sprawdzać bilety. Gdy zobaczył, że robimy zdjęcia przez okno wpadł w szał i chciał nas aresztować. Po chwili się uspokoił ale skutecznie nas pilnował byśmy już nie sfotografowali jakiegoś strategicznego obiektu na trasie przejazdu. Musieliśmy się zadowolić już tylko patrzeniem przez zamknięte okno. Na dworcu w Wołosiance powitała nas wielka sowiecka gwiazda. Musieliśmy się teraz dostać gdzieś w okolice Zdeniowej by wyjść na Pikuj i połoniną wrócić do Wołosianki. Stwierdziliśmy, że najszybciej jakiś środek transportu wynajmiemy zasięgając języka w sklepie i przy okazji zgasić trochę pragnienie. W sklepie wzbudziliśmy oczywiście wielkie zainteresowanie, ale każdy kto usłyszał gdzie chcemy jechać szybko tracił zapał by nas tam wieźć. Wszyscy tylko powtarzali ze tam zła droga i nie pojadą. Już traciliśmy nadzieję, gdy któryś z Ukraińców krzyknął Pop !! Pop ich zawiezie. Wieść po wsi rozniosła się lotem błyskawicy i po chwili pod baro-sklep podjechał biały Moskwicz, pamiętający jeszcze czasy Stalina. Pop nie był zbytnio zadowolony jak usłyszał gdzie chcemy jechać, ale już głupio mu było się wycofać, bo honorny gość był. Za to twardo negocjował cenę przejazdu myśląc, że odpuścimy, ale nic z tego, wypłaciliśmy mu od razu uzgodnioną kwotę w nadziei, że zaraz ruszymy. Nic podobnego, Pop zainkasował gotówkę zaprosił nas do baru na kilka głębszych, widząc nasze zdziwienie wytłumaczył, że to daleka i trudna droga więc przed wyjazdem trzeba się napić. Gdy Pop złapał już dobry humor stwierdził, że można jechać. Pozostał jeszcze tylko problem ze zmieszczeniem 5 osób z pięcioma wielkimi plecakami w małym Moskwiczu. Ale pop na wszystko znalazł sposób i po chwili upchał nas do swojej bryki.

Szalony Pop i biwak pod Pikujem

Ruszyliśmy przez wieś, ale jeszcze po drodze zajechaliśmy do jakiegoś gospodarstwa zatankować Moskwicza. Przy tej okazji Pop walną jeszcze ze sprzedającym paliwo kilka głębszych i był już całkiem wesoły i wyluzowany. Ruszyliśmy w stronę Husnego, droga faktycznie masakryczna dziury takie, że jak by wjechał w nie maluch to by go nie było widać. Ale zaraz z Husnym droga została wyremontowana i miała równą, szutrową nawierzchnię. Obciążony Moskwicz wspiął się na przełęcz i zaczęło się. U Popa odezwała się dusza kierowcy rajdowego, zapier… w dół tylko kamienie strzelały a przerażenie w naszych oczach tylko go bardziej motywowało. Dobrze, że dojechaliśmy do wsi Roztoka to trochę zwolnił a do bezpiecznej szybkości wyhamowały go dopiero pędzone drogą krowy. Wściekły odkręcił szybę i krzyczał: szto wy kurwa maty, ksiądz polaków wiezut. Przed Zdeniową skręciliśmy w lewo do wsi Szerbowiec, przez wieś drogą off roadową Pop przemkną jak strzała, miał tak podniesioną adrenalinę, że stwierdził iż nas na sam Pikuj zawiezie. Zaprotestowaliśmy i jakiś kilometr nad wsią wysiedliśmy z bolidu. Nasz zadowolenie trwało do momentu w którym zobaczyliśmy nasze plecaki, ale ważne, że już na miejscu i nie musimy już dalej podróżować z naszym kierowcą. Pożegnaliśmy się z duchownym, którego ruszyło sumienie i chciał nam oddać część kasy twierdząc, że podał bardzo wygórowaną cenę a jesteśmy fajni i jest mu głupio. Nie chcieliśmy przyjąć więc nas zaprosił do siebie na nocleg za dwa dni jak zejdziemy z gór. Ruszyliśmy przez łąki do granicy lasu i wyszukaliśmy miejsce na biwak. Rozbiliśmy namioty, zapłonęło ognisko i podziwialiśmy zachód słońca nad Połoniną Równą i Ostrą Horą.

Dzień 2

W drodze na Pikuj

Poranek nie był zbyt ciepły, ale to już wrzesień i w dodatku góry, ważne, że pogoda zapowiadała się piękna. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy śniadanie i zabraliśmy się za zwijanie obozu. Przejrzeliśmy prowiant, jedzenia nie powinno zabraknąć, wodę mieliśmy uzupełnić gdzieś wyżej, tutaj pastwiska więc nie ryzykowaliśmy. Problem był tylko ze złocistym napojem, wczoraj przegapiliśmy sklep w Szerbowcu a dziś jakoś nikomu nie chciało już się schodzić do wsi. Spakowani, z ciężkimi plecakami ruszyliśmy do góry, najpierw jakąś ścieżką pasterską, potem drogą zrywkową i znowu ścieżką. Już dosyć wysoko natrafiliśmy na czyste źródełko, gdzie zrobiliśmy odpoczynek i uzupełniliśmy wodę. Nie było tu żadnych szlaków turystycznych ale nie było problemu z orientacją i po chwili chaszczowania wyszliśmy na Połoninę. Ostrym podejściem, trawersując je osiągnęliśmy przełęcz pod Pikujem. Na przełęczy schowaliśmy plecaki w jagodzinach, by ich nie taszczyć na szczyt. Po kilku minutach marszu stanęliśmy na najwyższym szczycie Bieszczadów. Choć był to wrzesień to pogoda była iście letnia, co ograniczało trochę widoczność patrząc na Połoninę którą mieliśmy zaraz ruszyć nie widzieliśmy jej końca. Na południu ledwo widoczna Borżawa, która nie jest aż tak daleko od Pikuja. Posiedzieliśmy trochę na szczycie i przyszła pora by ruszyć dalej.

Przez Połoniny

Zeszliśmy na przełęcz po plecaki i ruszyliśmy przed siebie. Przed nami Połonina aż po horyzont, mamy plan iść do późnego popołudnia a potem rozglądać się za miejscem na nocleg. Cały dzień marszu obfituje wieloma fajnymi zdjęciami. Szkoda, że to 2003 rok i nasze cyfrówki mają rozdzielczość gorszą niż obecne telefony komórkowe a analogowe lustrzanki zostały w domu. Po kilku godzinach marszu ciężkie plecaki dają już o sobie znać, na szczęście na horyzoncie widzimy pasące się krowy. Widok niesamowity jedno zbocze ostrego wierchu jeszcze całkiem zielone i na nim pasą się zwierzęta, druga strona góry już w barwach jesiennych wypalona słońcem. Skoro są krowy to musi być i woda, tym bardziej, że pod Ostrym Wierchem funkcjonowało przed wojną schronisko. Postanawiamy więc gdzieś zabiwakować w okolicy. Dochodzimy do krów i pasterzy pytamy się o wodę i możliwość zakupu mleka. Wskazują nam źródło, ale mleka nie sprzedadzą mówiąc że już krowy prawie wcale go nie dają, sucho brak zielonej trawy. Żegnamy się z pasterzami i ruszamy jeszcze kawałek dalej, namioty chcemy rozbić na przełęczy pomiędzy Ostrym i Wielkim Wierchem.

Biwak pod Wielkim Wierchem

Rozbiliśmy namioty i przystąpiliśmy do posiłku obserwowani cały czas przez pasterzy z pobliskich skał. Jedyne czego nam brakowało do szczęścia to piwo. Po jakimś czasie dzieciaki pasterzy przyniosły nam jednak mleko. Pytamy dzieciaków skąd są i jak daleko do ich wsi. Jak się okazało były z Libuchory i twierdziły, że do wsi schodzą w 30 minut a podchodzą niecałą godzinę. To nam nasunęło pewien pomysł, spytaliśmy się czy nie chcą sobie zarobić parę groszy. Wykazały zainteresowanie, ale jak się dowiedziały o co chodzi to zapał im minął. Chodziło bowiem o kurs do wsi po złocisty trunek. Jednak odpowiednie wynagrodzenie przemówiło im do rozsądku. Szaszka warczała na nas facetów, że wykorzystujemy dzieci i jak nam się tak bardzo chce piwa, to możemy sobie sami iść. Negocjacje poskutkowały, dzieciaki otrzymały kasę na piwo a wynagrodzenie miały otrzymać po powrocie. Pobiegły w podskokach w dół połoniny a my pewni, że za dwie godziny napijemy się piwa uwaliliśmy się w trawie. Syrek oddalił się na pobliskie skały i długo nie wracał. Jak się potem okazało uznał, że jak tu wszystko takie tanie to i pewnie połączenia komórkowe również. Jakie było jego zdziwienie po powrocie do domu gdy dostał rachunek. Minęły dwie godziny, siedzieliśmy wpatrzeni w miejsce w którym zaszyli się w lesie nasi kurierzy, ale nikt nie chciał się tam pojawić. Dzień zbliżał się ku końcowi, poszliśmy na pobliskie skały podziwiać zachód słońca. Po powrocie do namiotów naszych posłańców nadal nie było. Widocznie kwota jaką im daliśmy na piwo w zupełności ich zadowoliła i mieli gdzieś wynagrodzenie. Do końca wyjazdu dziewczyny nabijały się z nas i naszego piwa.

Dzień 3

Poranek i w drogę

Rano słońce wypędziło nas z namiotów i jakoś nikomu nie chciało się wstać na jego wschód. Śniadanie i pakowanie obozu, Szaszka stwierdziła, że – Iras to nawet na Połoninie potrafi burdel zrobić. Ruszyliśmy dalej Połoniną, która za Starostyną obniża się i odbija w prawo. Postanowiliśmy w tym miejscu odbić w lewo i zejść do Husnego. Na dole upał jak w lipcu idziemy w stronę wsi i marzymy o piwie. Marsz kilka kilometrów drogą nie budzi w nas entuzjazmu, postanawiamy zorganizować jakiś transport. Udało się Zaporożec szykowany jest do drogi a my w cieniu raczymy się zimnym piwem. Wsiadamy i w drogę, po paru kilometrach auto na kolejnej dziurze z hukiem o coś przypier….. i koniec rumakowania. Plecaki na plecy i znowu z buta, powoli dochodzimy do Użoka. Pierwszy sklep i znowu zimne piwo gasi nasze pragnienie. Docieramy w końcu do domostwa naszego szalonego Popa.

Gościna u Popa

Pop a raczej jego żona przygotowała porządną gościnę, pyszne jedzenie i oczywiście morze wódki. Zasiedliśmy do stołu i powoli towarzystwo zaczęło się rozkręcać. Dowiedzieliśmy się, że teściowa Popa pochodzi z Warszawy i po chwili oglądamy albumy ze starymi zdjęciami. Pop pokazuje nam jeszcze więcej swoich skarbów, stare księgi cerkiewne i inne ciekawostki. Jego parafia to wieś Husny, opowiada dokładnie jak wygląda jego praca, ile zarabia bo jest na państwowej pensji a wszystkie swe powinności robi za darmo. W końcu Pop zadaje nam zagadkę: czym się różni ukraiński ksiądz od polskiego? Ukraiński ma dzieci w domu a polski po wsi. Im więcej ubywa ognistego napoju tym impreza bardziej się rozkręca, po chwili przygrywa nam już harmonia. Najbardziej z naszego towarzystwa Popa interesuje Szaszka, co wzbudza zazdrość jego żony. Dochodzi północ, za chwilę Oczkins z Syrkiem mają pociąg do Lwowa, bo dziś muszą wracać. Idziemy ich odprowadzić w towarzystwie Popa, wsiadają do pociągu a my wracamy do domu. W krzakach coś zaszeleściło, Pop ruszył w ich stronę a z krzaków wyskakuje jego żona. Jak się okazało była tak zazdrosna o Szaszkę, że nas śledziła. Po powrocie, po wielu trudach udało nam się nam przekonać gospodarza, że chcemy iść spać bo jutro idziemy w góry.

Dzień 3

Nici z Kińczyka

Rano mieliśmy zamiar wyjść na Kińczyk Bukowski od ukraińskiej strony, niedawno wyznakowanym szlakiem z Przełęczy Użockiej. Pop podwiózł nas na Przełęcz, na której swój posterunek i rogatki miała ukraińska Straż Graniczna. Za miast śmiało wejść na szlak jak te pierdoły poszliśmy powiedzieć żołnierzom, że wybieramy się na szlak graniczny. Wykonali jakiś telefon i powiedzieli, że nie możemy iść bo to granica z Polską i mają zakaz wpuszczania na szlak Polaków. Już od siebie dodali, że jak chcemy to możemy iść ale jak nas złapią na granicy to będziemy mieli problemy. Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że sobie darujemy tym bardziej, że jeszcze tego dnia mieliśmy powoli wracać do kraju. Zrobiliśmy więc sobie spacer w dół do Wołosianki, po drodze zajrzeliśmy do cerkwi w Użoku, pożegnaliśmy się z popem i ruszyliśmy na stację kolejową. Szaszka zafascynowana ukraińskimi wychodkami ten z dworca uwieczniła na zdjęciu.

Powrót do domu

W końcu najechała elektriczka wsiedliśmy i ruszyliśmy do Małego Bereżnego. Tam złapaliśmy stopa do granicy ze Słowacją. Przekroczyliśmy granicę i złapaliśmy stopa do Stakcina a potem do Sniny. W Sninie zanocowaliśmy w hotelu a rano ruszyliśmy do Humennego, skąd już pociągiem przez tunel łupkowski do Zagórza.

KONIEC

I Twój materiał może znaleźć się w portalu Karpaty.travel.pl. Masz pomysł na ciekawy artykuł, relację z wyprawy, wyjazdu czy wycieczki ? Swoimi wrażeniami możesz podzielić się na łamach naszego serwisu. Wystarczy wyslać na adres mailto:redakcja@karpaty.travel.pl materiał, zdjęcia i oświadczenie, że Jesteś autorem a my po weryfikacji zamieścimy go w odpowiednim dziale.
No votes yet.
Please wait...