Śladami Włada Palownika – relacja z wyjazdu do Rumunii w maju 2009

Wyprawa rozpoczęła się 16 maja 2009 roku. Na początku zapowiadało się, że do Rumunii pojedzie spora ekipa, było wielu chętnych, ale im bardziej zbliżał się dzień wyjazdu, tym towarzystwo się bardziej wykruszyło. Skończyło się na jednym samochodzie i trzech osobach. Z częścią naszych znajomych mieliśmy spotkać się za kilka dni, gdyż wyjazd zaplanowali parę dni po nas. Na tej wyprawie zamierzaliśmy jak najwięcej zwiedzić. Dysponowaliśmy samochodem terenowym a, że w Rumuni na większość pasm górskich prowadzą ogólnodostępne drogi to postanowiliśmy to wykorzystać. Plan zajęć miał wyglądać tak: dojazd w zaplanowane miejsce lub jego okolicę, biwak, rano wycieczka po okolicy i przejazd w miejsce następne.

16.05.2009 – DZIEŃ 1 – W drodze w Maramuresz

Wyjechaliśmy z Bieszczadów jeszcze przed świtem w kierunku Radoszyc. Przez Słowację i Węgry przejeżdżamy bardzo szybko i docieramy do granicy rumuńskiej. Na przejściu pusto, pokazujemy dowody osobiste i po minucie jesteśmy w kraju Drakuli. Rozglądamy się za jakimś punktem, w którym można nabyć winiety. Kilka jest, ale wszystkie zamknięte, więc olewamy ten punkt wycieczki i pędzimy dalej, by w jakimś przydrożnym barze skosztować rumuński omlet. Jeszcze przed omletem opychamy się truskawkami, które można było tu już nabyć na przydrożnych straganach. Drogi boczne w Rumunii niewiele różnią się od tych na Ukrainie, a miejscowi kierowcy jeżdżą jak by życie straciło dla nich sens. Powoli opuszczamy równiny i wyjeżdżamy na pierwszą przełęcz, a na jej szczycie robimy foto stop. Spotykamy tu pierwszych i ostatnich Polaków podczas naszej wyprawy. Następny cel to Sapanta słynąca z wesołego cmentarza i najwyższej drewnianej, marmaroskiej cerkwi. Zwiedzamy cmentarz, cerkiew i kirkut, przy okazji na straganie nabywam marmaroski kapelusik.

Opuszczamy Sapante i kierujemy się w stronę Syhotu Marmaroskiego. To miasteczko z wieloma ciekawymi zabytkami, lecz niestety wiele ciekawych miejsc po drodze musimy sobie odpuścić, skoro chcemy zjechać pół Rumuni. Decydujemy się tylko na odwiedzenie skansenu, który jest nawet ciekawy, ale przelatujemy przez niego w ekspresowym tempie.

Po bardzo szybkim zwiedzeniu skansenu ruszyliśmy w kierunku Borsy. Wybraliśmy drogę równoległą do drogi głównej przez Barsane, Rozavlea i Sacel, ze względu na sporą ilość cerkwi i monastyrów po drodze. Kilka z nich zaliczyliśmy, ale czas gonił i po kilku przystankach już nam się nie chciało zatrzymywać. Trzeba coś zostawić na następne wyjazdy.

Na przełęczy Przysłup chwila zawahania, czy skręcamy w prawo w Góry Rodniańskie, czy w lewo w Marmaroskie. Zapadła decyzja, że skręcamy w lewo i jedziemy w góry Marmarosze. Ruszyliśmy stokówką przez połoninę, lecz dzień zbliża się ku końcowi, a niebo nie nastrajało optymistycznie. Przed nami wyrósł jęzor śniegu i myśleliśmy, że to koniec na dzisiaj jazdy, ale udało się go jakoś pokonać. Dojechaliśmy do owczarni i w tym miejscu postanowiliśmy rozbić biwak, było to ostatnie miejsce z dostępem do opału, dalej była już tylko połonina z morzem traw. Zdążyliśmy rozbić namioty, wziąźć prysznic, zorganizować opał i rozpalić ognisko, gdy zaczęło padać. Na szczęście deszczyk był przelotny, a burza mruczała gdzieś daleko, więc resztę wieczoru spędziliśmy przy ogniu piekąc kiełbache, ziemniaki i podziwiając ostatnie widoki kończącego się dnia.

17.05.2009 – DZIEŃ 2 – Góry Maramorskie i Góry Rodniańskie

Gdy powoli wywlekaliśmy się z namiotów nic nie wskazywało, że będziemy mieć dziś piękną pogodę. Ale im powietrze się bardziej ogrzewało, tym chmury bardziej się podnosiły i ustępowały ze szczytów pokazując nam to co widzieliśmy wczoraj, lecz dziś już w słonecznym świetle. Jak to rano kawa, herbata i śniadanko, a potem składanie obozu.

Ruszyliśmy głębiej w Góry Marmaroskie do miejsca dogodnego, by wyjść sobie na szczyt Carcanel 1847m. Po drodze w oddali pojawiła się fioletowa plama krokusów. Wszyscy w tym momencie dostaliśmy florgazmu (tego słowa Marcin bardzo często używał podczas tego wyjazdu), porzuciliśmy samochód i popędziliśmy fotografować kwiaty. Pochodziliśmy po okolicznych szczytach, pogoda z godziny na godzinę robiła się coraz ładniejsza, a z chmur wyłaniały się wierzchołki Gór Rodniańskich.

Wychodząc w góry, na dachu auta zostawiliśmy worki prysznicowe, by nagrzała się woda. Po powrocie, więc był szybki prysznic, papu i zjechaliśmy z powrotem na Przełęcz Przysłup. Tutaj weszliśmy do schroniska, bo marzyła nam się dobra kawa i zimne piwo. Zamówiliśmy kawę z naciskiem na słowo „big” oraz piwo, ale nie było dużego wyboru – jedna jakaś puszka na półce. Mimo wszystko sprzedawca trzy razy upewniał się czy chcemy to piwo. Kawę podali nam w plastykowych kubeczkach, które były wielkości naszych kieliszków do wódki, a piwo okazało się bezalkoholowe. Marcin po drugiej stronie drogi wypatrzył fajnie wyglądających popów i padła propozycja, by zrobić sobie z nimi zdjęcie. Ruszyliśmy żwawo w ich stronę, ale za chwilę okazało się, że nie ma chętnych na zadanie pytania czy możemy to uczynić. Zawiedzeni wróciliśmy na wcześniej zajmowane pozycję, wylaliśmy piwo do rowu, wsiedliśmy w samochód i przecinając przełęcz ruszyliśmy w kierunku Gór Rodniańskich.

Dobre miejsce na biwak znaleźliśmy w pobliżu jeziorka polodowcowego Izvoru Bistritei. Z racji, że zostało jeszcze kilka godzin dnia, rozbiliśmy szybko namioty i zrobiliśmy sobie wycieczkę nad jeziorko. W ciepłym popołudniowym słońcu wyglądało niesamowicie. Po powrocie do obozu zabraliśmy się za zbieranie opału na ognisko, które miało zapłonąć zaraz po zachodzie słońca, gdyż ten zapowiadał się dzisiaj całkiem nieźle. Gdy tylko niebo zaczęło się czerwienić wyszliśmy na pobliski pagórek uzbrojeni w aparaty fotograficzne. W momencie, gdy czerwona tarcza słońca skryła się za górami rozpoczęliśmy ucztę wieczorną, czyli kiełbaski i ziemniaczki z ogniska. Po dwóch dniach pstrykania trzeba było też zgrać zawartość puszek do laptopa i tak zakończył się bardzo ciekawy dzień.

18.05.2009 – DZIEŃ 3 – M. Cailor i Rodniańskie od południa

Rano dosyć szybko słońce wygnało nas z namiotów na zewnątrz, panowała iście letnia pogoda. Było bardzo gorąco, choć byliśmy na około 1700 m wysokości. Rozpoczął się codzienny poranny rytuał – picie kawy, herbaty, śniadanko i zwijanie obozu. Dziś w planach: po zwinięciu obozu wycieczka w góry i jak się potem okazało na szczyt M. Cailor (1922m), powrót do samochodu i przejazd na południe Gór Rodniańskich przez Przełęcz Rotunda (1271m) w rejon Przełęczy Montele Dosu Gajei (1721m).

Wypad na pobliskie szczyty był bardzo przyjemny, ładna pogoda, na górze jeszcze spora ilość śniegu, a na nasłonecznionych stokach pola krokusów. Osiągnęliśmy szczyt Cailor i ruszyliśmy w drogę powrotną. By nie wracać tą samą trasą zeszliśmy we wcześniejszy kocioł polodowcowy. Na dole słońce przygrzewało już jak w lecie, więc lodowaty potok zmył z nas pierwsze poty podróży. Trawersując główne pasmo doszliśmy do obozu.

Po powrocie z gór, na dachu samochodu czekała już na nas cieplutka woda, więc prysznic i w drogę. Zjechaliśmy na Przełęcz Przysłup, a potem na wschód by zaatakować Rodniańskie od południa. Niestety przejechaliśmy zjazd, czego następstwem był obiad w fajnej restauracji w Carlibabie. Skosztowaliśmy tam pysznej tradycyjnej rumuńskiej zupy, podładowaliśmy akumulatory i inne elektryczne urządzenia. Z pełnymi brzuchami i pęcherzami ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Rotunda, a dalej już górską stokówką do celu naszej dzisiejszej wyprawy. Wszystko szło pięknie póki na naszej drodze nie stanął szlaban rodniańskiego parku. Generalnie cała droga biegnie poza granicami parku i tylko w tym miejscu serpentyna swoim łukiem o niego zahacza. Po oględzinach zobaczyliśmy objazd ścinający serpentynę, ale nieźle stromy i po trawie. Zmierzchało już, na trawie pojawiła się rosa, więc decyzję o dalszej eksploracji tej trasy postanowiliśmy odłożyć do rana, bo podjazd po mokrej trawie nie był zbyt rozsądny. Szybko rozbiliśmy namioty, zorganizowaliśmy opał i po chwili piekliśmy kiełbaski, popijając je sporą ilością rumuńskiego wina.

19.05.2009 – DZIEŃ 4 – Spotkanie ze znajomymi – gdzie my qur…a jesteśmy ? – kto spuścił wodę z jeziora ?

Tego dnia z namiotów nie wygnało nas słońce, ale konie, psy i inne urządzenia pasterskie. Napisałem nas, ale to nie do końca prawda, gdyż ja smacznie spałem po wczorajszej, sporej ilości wina i piwa, więc nie ruszało mnie to co się dzieje na zewnątrz. Ruszył mnie dopiero zapach jajecznicy, zrobionej na śniadanie. Kiedy ją spokojnie jadłem reszta wyprawy fociła i nagrywała to co się działo wokół obozu, do momentu kiedy z krzykiem nie zaczęli wiać do samochodu na widok kilku sympatycznych piesków. Po przywitaniu się z czworonogami przystąpiłem do kończenia śniadania.

Gdy psie niebezpieczeństwo minęło zabraliśmy się do składania obozowiska bo plany na dziś były ambitne, podjechać ile się da najbliżej szczytu Vf Ineu (2279m) i go zdobyć. Potem mieliśmy zjechać do miejscowości Sant i przebazować się w Góry Kelimenskie. Pogoda jak zwykle była przepiękna z jednej strony mieliśmy Góry Rodniańskie a z drugiej Góry Suhard, które też będzie trzeba kiedyś spenetrować. Nasze plany zweryfikował nagle sms od Andrzeja i Wojtka, którzy dotarli w końcu do Rumunii. „Jesteśmy na Przełęczy Przysłup a wy ?”, odpisałem opisując im gdzie jesteśmy ale byłem przekonany że bez współrzędnych GPS się nie obejdzie. Po chwili przyszedł sms „nasze współrzędne to …… a wasze ?” Podałem nasze z zaznaczeniem, że się jeszcze trochę przemieścimy i żeby zadzwonili jak na ich drodze pojawi się szlaban. A my ścięliśmy serpentynę by ominąć szlaban i nie naruszyć terenu parku, który tutaj pokrywał się z drogą na odcinku kilkudziesięciu metrów. Szczyt Ineu musieliśmy sobie odpuścić, zanim dojadą do nas chłopaki minie jakieś 1,5 godz samo spotkanie też trochę potrwa więc ruszyliśmy sobie autkiem dalej stokówką. Przed Przełęczą Muntele Dosu Gajei znowu zakaz wjazdu i znowu wg mapy droga na kilkudziesięciu metrach pokrywa się z parkiem, niestety dalej w kotle pod szczytami Vf Ineut (2222m) i Vf Rosu (2113m) zalega wielka łacha śniegu uniemożliwiająca przejazd. Przy zakazie wjazdu postanowiliśmy zaczekać na Andrzeja i Wojtka.

Podczas czekania, przypomniało mi się, jak kiedyś podczas wspólnej rozmowy z Wojtkiem i Andrzejem, Wojtek śmiał się z brata, że on się trochę boi jeździć autem po górach i co 100 m przewyższenia musi zmieniać pampersa. Z tej okazji postanowiliśmy przygotować dla cyferek mały żarcik. Gdy był gotowy ukryliśmy auto za zakrętem i zaszyci w trawie na wzgórzu obserwowaliśmy reakcje. Śmiechu było co nie miara, nie pozostało nic innego jak tylko napić się zimnego piwa, które zaserwowali nasi znajomi. Wojtek swoim zwyczajem ukrył geocasch a zawartość taka, że warto tam wrócić ;). Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i zjechaliśmy na Przełęcz Rotunda, gdzie nasze szlaki się rozeszły.

Po rozstaniu z Andrzejem i Wojtkiem, postanowiliśmy jechać w Góry Kelimeńskie. Ruszyliśmy w kierunku Vatra Dornei, po drodze zatrzymując się przy ciekawej cerkiewce. Kelimeńskie chcieliśmy zaatakować od północy, gdyż na starej, rumuńskiej mapie była tam fajna droga przez cały masyw. Minęliśmy Neagra Sarului i pozostał nam już rzut beretem do celu, gdy pojawił się znak zakazu ruchu, a pod nim coś napisane po rumuńsku. Udaliśmy, że go nie zauważyliśmy i pędzimy dalej, gdy nagle na naszej drodze stanął szlaban i wartownik. Próbowaliśmy negocjować przejazd ale się nie udało, nawet nie wiedzieliśmy co tam jest, że jest to tak pilnowane. Przy wjeździe wisiały rumuńskie i niemieckie flagi, potok miał kolor marchewki, uznaliśmy, że pewnie jakąś zaporę wodną budują. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że to był wjazd do wielkiej kopalni siarki. Nie pozostało nam nic innego jak zawrócić i objechać całe góry, by zaliczyć je od południa. Nie było to takie proste, gdyż głównym drogami to kupa kilometrów, ale wypatrzyliśmy jakiś skrót i ruszyliśmy w głąb gór jakąś lokalną drogą. Pogoda się załamała, zaczęło lać a nawet sypać gradem. Niestety po 3 godzinach jazdy po bezludnych dolinach dojechaliśmy do jakieś głównej drogi. Jak się za chwilę okazało byliśmy już prawie nad tym jeziorem, które mieliśmy w planach za dwa dni. Korygujemy plany i jedziemy nad jezioro wg mapy powinno już być, był już nawet wielki most przez odnogę tylko wody nie było. Spuścili nam jezioro – jęknęliśmy. Trudno, jedziemy dalej, ku naszemu zdziwieniu po kilku kilometrach pojawiła się woda, ucieszeni wypatrujemy miejsce na biwak. Znaleźliśmy je na fajnym cypelku i jak co dzień namioty, opał, ognisko, kiełbasa. Odbyło się nawet małe pranie i jakoś szybko wszyscy zawinęli się do namiotów. Gdzieś w oddali przechodziła burza, a przy jej głuchych pomrukach sen nadszedł szybko.

20.05.2009 – DZIEŃ 5 – Góry Ceahlau

Poranek jak to nad jeziorem mglisty, ale im słonko wyżej, tym mgła zanika, zaś chmury podnoszą się coraz wyżej ukazując nam masyw Ceahlau. Z dołu wygląda imponująco, choć jego najwyższe szczyty kryją się w chmurach. Masyw Ceahlau to cel dzisiejszego dnia.

Po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku masywu Ceahlau po drodze objeżdżając jezioro i podziwiając widoki. Za zaporą skierowaliśmy się już w stronę masywu. Mijane miejscowości zmieniały wizerunek na bardziej turystyczny z dużą ilością pensjonatów. W jednej z restauracji stanęliśmy na kawę i omleta oraz skosztowaliśmy wspaniałej ziołowej palinki. Przed wjazdem do Parku Narodowego Ceahlau zatrzymała nas brama oraz budka strażnika parku. Myśleliśmy, że będzie trzeba zostawić samochód i uiścić jakąś opłatę, ale pracownik informuje nas tylko, że masyw można objechać tyle, że jest zła nawierzchnia i osuwiska ale autem terenowym bez problemu przejedziemy. Pokazał z którego miejsca najlepiej wejść na masyw. W budce nabywamy dwie książki o Parku Narodowym Ceahlau a zadowolonyz tego powodu strażnik obdarowuje nas folderami które wcześniej miał gdzieś pod ladą. Wyjeżdżamy na przełęcz z której rozpoczniemy pieszą wycieczkę.

Podejście nieźle dało nam w kość a w dodatku zaczęła pogarszać się pogoda, w oddali było słychać burze. Po drodze mijaliśmy piękne wychodnie skalne zajrzeliśmy też do jaskini. Powoli kończyła się granica lasu lecz szczyty przykryły chmury, szczekanie psa oznajmiło nam, że zbliżamy się do Cabany Dochia. Gdy już stanęliśmy u drzwi zaczął kropić deszcz a widoczność osiągnęła wartość 5m. W środku pokrzepiliśmy się piwkiem, kawą i herbatką, spotkaliśmy też tu pierwszych turystów w górach, od momentu kiedy przybyliśmy do kraju Drakuli. Szlak niebieski na masyw Ceahlau jest tak poprowadzony, że jedną trasą można wejść a drugą zejść praktycznie w to samo miejsce. Tak też planowaliśmy zrobić, ale zerowa widoczność i coraz bliżej pomrukująca burza sprawiła, że postanowiliśmy wracać tą samą trasą tylko Marcin ruszył drugą trasą i mieliśmy się spotkać na dole przy samochodzie. Skubaniec miał szczęście w nieszczęściu, zostawił w schronisku ładowarkę z akumulatorkami i musiał się wrócić dzięki czemu dłużej był na szczycie. Natura wynagrodziła mu to rozwianiem na kilka chwil chmur i pięknym widokiem.

Po zejściu narada co dalej, przez błądzenie w Górach Bystrzyckich umknął nam jeden punkt z planu a mianowicie Góry Rarau. Ze zdjęć oglądanych wcześniej w internecie pamiętałem, że są bardzo ciekawe. Postanowiliśmy więc cofnąć się trochę na północ i je odwiedzić, zostało jeszcze trochę dnia a pogoda nie nastrajała już dziś do spacerów. Objechaliśmy jeszcze częściowo masyw Ceahlau i obraliśmy kierunek na Rarau. Pogoda coraz bardziej się psuła co chwile przechodziły chmury deszczowe gdy wyjechaliśmy na masyw Rarau lało jak z cebra. Zaparkowaliśmy akurat koło Hotelu Alpin co spowodowało sporą niechęć do rozbijania namiotów w deszczu. Po chwili szliśmy już schodami do swojego pokoju, pierwszy raz podarowaliśmy sobie odrobinę luksusu.

21.05.2009 – DZIEŃ 6 – Skały Gór Rarau – zachód słońca w Górach Kelimeńskich

Rano zanim jeszcze zerknęliśmy w okno zastanawialiśmy się czy leje czy nie. Okazało się, że nie ale pogoda paskudna, pozwlekaliśmy się z łóżek, nastawiłem wodę na kawę i wyszedłem na balkon zapalić. Nie było tak źle jak się na początku zapowiadało, chmury przewiewał wiatr i ukazał mi się widok kominów skalnych gór Rarau. Uwieczniłem widok z balkonu i ogłosiłem że nie jest źle i trzeba się pakować i w góry. Zwolniliśmy pokój, śniadanie zjedliśmy sobie już przed hotelem.Graty do samochodu i ruszyliśmy niebieskim szlakiem po skałkach Rarau. Trasa poprowadzona naprawdę fajnie, szczeliny, wychodnie, czasami miało się wrażenie, że bez sprzętu do wspinaczki się nie przejdzie. Wyjście na sam szczyt skały wymagał już zachowania ostrożności ale w końcu stanęliśmy na szczycie. Z góry piękne widoki na masyw Rarau i Giumalău

Po wycieczce ruszyliśmy w końcu w Góry Kelimeńskie, do których dwa dni temu nie udało nam się dotrzeć. Tym razem obyło się bez problemu choć wyjazd na 1900m był miejscami dosyć ciężki a na 1924m zatrzymał nas śnieg. Cofnęliśmy się kilkanaście metrów do miejsca nadającego się na biwak i odczyniliśmy codzienny rytuał obozowy – opal, ognisko i jedzonko. Z góry mogliśmy zobaczyć ogrom kopalni siarki przez którą nie dotarliśmy w to miejsce dwa dni temu. Dzień pożegnał nas pięknym zachodem słońca.

22.05.2009 – DZIEŃ 7 – Góry Kelimeńskie – Retitis 2021m – Wąwóz Bicaz

Przywitał nas znowu piękny dzień, po złożeniu obozu wybraliśmy się pieszo na pobliski szczyt Retetis 2021m. Po drodze minęliśmy stację meto w której podobno można skorzystać z noclegu, zdobyliśmy szczyt i wróciliśmy do obozu. Po powrocie zjechaliśmy troszkę niżej by zobaczyć jeziorko o tej samej nazwie. Spodziewaliśmy się czegoś bardziej imponującego ale okazało się że to ciut większe bajorko, choć warto je też zobaczyć.

Zjechaliśmy z masywu Gór Kelimeńskich i ruszyliśmy w kierunku następnego punktu naszej wyprawy jakim był Wąwóz Bizaz. Po drodze zatrzymaliśmy się w jakimś miasteczku w księgarni uzupełniliśmy nasz zasób map a Marcin pokusił się na jakąś wielką księgę botaniczną Karpat Rumuńskich za jedyne 200 lei. Wąwóz Bicaz naprawdę robi wrażenie, ale panuje tam wszech widoczna komercja – kupa ludzi, samochodów i budek z pamiątkami. Byliśmy już bardzo głodni i zmęczeni panującym na dole upałem, więc tyle o ile zerknęliśmy na wąwóz i pojechaliśmy poszukać jakiegoś ustronnego miejsca na konsumpcje. Tak szukaliśmy, że przy okazji znaleźliśmy świetne miejsce na biwak, z widokiem na Ceahlau i z opałem pod dostatkiem. Postanowiliśmy rozłożyć obóz i trochę odpocząć a wąwóz obejrzeć dokładniej w dniu następnym. Ktoś może pomyśleć ze najbardziej upierdliwe są komary i tu się myli w tym miejscu były to krowy, którym spodobały się nasze namioty.

23.05.2009 – DZIEŃ 8 – Wąwóz Bicaz – Wyprawa do wnętrza wulkanu – Zachód słońca w Górach Ciukas

Z pogodą mamy farta, znowu piękna. Pakujemy się, śniadanko i ruszamy z powrotem do Wąwozu Bicaz. Zjeżdżamy z góry, z naszej polanki do głównej drogi i w końcu trafia nam się i nie fart;) w tylnym kole siedzi gwóźdź. Wymieniamy koło a w pobliskim sklepie dowiadujemy się o najbliższą wulkanizację. Jest po drodze w stronę wąwozu. W końcu ją wypatrzyliśmy nie wyglądała najlepiej, sama naprawa też przeprowadzona dziwnie – w dziurę włożony kawałek sznurka, przypalony zapalniczką ale o dziwo wytrzymało wyjazd. W Wąwozie Bicaz spędzamy z godzinę pstrykając foty ale na zdjęciach nie robi on takiego wrażenia jak w rzeczywistości. Na jednym fotostopie podchodzi do mnie młoda Rumunka i daje mi kwiatka, Marcin później wyczytał w przewodniku że tu taki zwyczaj, jak się chłopak podoba dziewczynie to ta daje mu kwiatka 😉

Powoli opuszczamy Wąwóz Bicaz, jeszcze rzut okiem na Jezioro Czerwone nad którym wcześniej planowaliśmy nocleg, ale okazało się zbyt tłoczne z masą kajaków i innych urządzeń na wodzie. Następny cel naszej wyprawy to Góry Bodoc i wyprawa do wnętrza wulkanu. Z Bicaz wybieramy drogę gruntową przez góry Tarcău, jedzie się wolniej ale bardziej widokowo. Po południu docieramy do gór wulkanicznych wjeżdżamy serpentynami na stożek starego, wygasłego wulkanu by potem zjechać w dół, do jego krateru. W kraterze Jezioro Sf Ana o krystalicznej wodzie, aż korci by się do niej rzucić. Obok krateru zalanego wodą , drugi z torfowiskiem wysokimi z platformą widokową, na której panuje jakieś zamieszanie. Okazuje się, że to rumuńska Minister Środowiska otoczona kamerami udziela wywiadu a zamieszanie robią dzieciaki przywiezione tu specjalnie w tym celu z okolicznych szkół. Marcin nie zważając na Minister, kamery i strażników parkowych złazi z platformy by sfotografować . Dzięki pani Minister podłączamy się do jakiejś ekipy szkolnej i mamy możliwość połażenia po torfowisku, ścieżka normalnie jest zamknięta dla turystów indywiualnych.

Z wnętrza wulkanu ruszyliśmy w Góry Ciukas. Za Braszowem wyjechaliśmy na Przełęcz Bratocea a z niej już jakimś płajem w lewo, do góry. Miejsce na biwak znaleźliśmy na godzinę przed zachodem słońca, w pobliżu jakiegoś przekaźnika, dalej już samochodem nie dało się wyjechać. Zachód słońca uwieczniliśmy na fotkach. A wieczór spędziliśmy tradycyjnie przy ognisku rozpalonego buczyną bo stoki Ciukas właśnie takimi drzewami są porośnięte.

24.05.2009 – DZIEŃ 9 – Ciukas 1955m w Górach Ciukas – Wieczór w Bucegach

Do pięknej pogody już przywykliśmy więc rano nas nie zdziwiła, choć w przewodnikach piszą, że maj to najbardziej deszczowy miesiąc w Karpatach Rumuńskich. Po zwinięciu bambetli ruszyliśmy na najwyższy szczyt Gór Ciukas, który nosi tą samą nazwą. Po wczorajszym długim wieczorze nie miałem jakoś ochoty na długie wycieczki więc zapowiedziałem, że chyba aż tak daleko nie będę się wypuszczał i sobie w jakimś momencie zawrócę. Góry Ciukas okazały się jednak tak piękne, że moje wątpliwości raz dwa się rozwiały. Najbardziej powalały połacie rododendronów i samotne zlepieńcowe skały które przy odrobinie wyobraźni przypominały różne postacie. Osiągneliśmy najwyższy szczyt i tą samą trasą wróciliśmy do samochodu.
 Następny nasz cel to Góry Bucegi których jeszcze trochę ośnieżone szczyty widzieliśmy z Ciukasa. Po drodze zatrzymaliśmy się w Sacele na pizze i przy okazji podładowaliśmy akumulatory i zgraliśmy zdjęcia. Dalej ruszyliśmy trasą E60 na południe przez znane i popularne miejscowości turystyczne: Preeal, Azuga, Busteni i Sinaia. Za tą ostatnią wypatrzyliśmy na mapie jakiś podjazd na masyw Bucegi. Na przełęczy skręca się w prawo do Cabany Cuibul Dorolui i dalej już szutrową a raczej usłaną głazami drogą pięliśmy się ostro pod górę. Bucegi oglądane z dołu wyglądają na niedostępne skaliste góry, ale na samym szycie rozciągają się potężne połoniny wyglądające jak jakiś mongolski step. Obóz rozbiliśmy w pobliżu Cabany Piatra Arsa, jakiś kilometr od szczytowej stacji kolejki linowej. Do tego miejsca można było też tylko dojechać legalnie samochodem bo stała tu tablica z zakazem wjazdu. Nie chcieliśmy narażać się na mandat i dalszy odcinek postanowiliśmy pokonać w następnym dniu pieszo. Zresztą jak się później okazało droga dalej nie była przejezdna z powodu zalegającego tu jeszcze śniegu. Kończył się powoli dzień a biwak powyżej 2000 metrów nie gwarantował wysokich temperatur, szybko zabraliśmy się za zbieranie opału. Na tej wysokości musieliśmy zadowolić się tylko suchą kosówką której nie udało się za dużo uzbierać, więc w miarę szybko pouciekaliśmy do namiotów.

25.05.2009 – DZIEŃ 10 – Góry Bucegi – Busteni – Jezioro Bolboci

Poranek był bardzo rześki bo na minusie. Przy śniadaniu przeglądałem mapę i stwierdziłem, że stąd mamy rzut beretem nad Morze Czarne. Mało brakowało a wieczorem byśmy moczyli tyłki w morzu ale ostatecznie zapadła decyzja, że jak góry to góry. Zaczęliśmy się szykować się do wycieczki, Marcin koniecznie chciał zdobyć szczyt Omul 2505m, a reszta nie koniecznie. Umówiliśmy, że Marcin pójdzie przodem sam, a my powleczemy się za nim i jak nam się odechce to zawrócimy i spotkamy się przy samochodzie. Marcin wydarł przodem a my spokojnie za nim, po wyjściu na pierwszy szczyt oczom naszym ukazała się stacja kolejki linowej. Zrobiłem przerwę na papieroska i wpatrując się na słupy kolejki doszliśmy do wniosku, że nie działa bo nie wyglądała najlepiej. Nagle liny zaczęły się naprężać i zza grani wyłonił się wagonik. Pomyśleliśmy o tym samym i za pół godziny mieliśmy już zakupione bilety na dół, do Busteni i z powrotem. Marcin nich tam sobie skacze po skałach a my sobie dupki powozimy tym bardziej, że pogoda nie była za specjalna. Zjazd kolejką robił wrażenie to nie Kasprowy. Pokręciliśmy się troszkę po Busteni, co nie co zjedliśmy napiliśmy się piwka, w barze nawet złapaliśmy WI FI. Potem udaliśmy się z powrotem, kolejką na górę. Według naszych obliczeń mieliśmy jeszcze sporo czasu do powrotu Marcina bo na Omula było jakieś 5 godz. w jedną stronę. Pokręciliśmy się więc jeszcze po okolicznych górkach podziwiając skały w kształcie sfinksa i jakiś kosmicznych grzybów. Zadzwonił Marcin mówiąc, że czeka już koło samochodu. Jak się potem okazało Omula odradził mu jakiś ratownik górski twierdząc, że jest tam jeszcze kupa śniegu a w dodatku wisi nad nim deszczowa chmura w dodatku kreci się tu kupa niedźwiedzi i Marcin zawrócił.

Marcin czekał na nas przy samochodzie i ruszyliśmy dalej. Zjechaliśmy z masywu Bucegi już inną drogą, na południe. Nocleg zaplanowaliśmy nad Jeziorem Bolboci o niesamowitej szmaragdowej barwie. Po kilku biwakach na wysokościach zapragnęliśmy popluskać się trochę w wodzie i przeprać trochę rzeczy. Objeżdżaliśmy jezioro szukając jakiegoś zjazdu nad wodę i miejsca nadającego się na biwak, udało się znaleźć idealne. Woda jednak była tak lodowata, że kąpiele sobie odpuściliśmy jedynie porządne mycie udało się uskutecznić. Było jeszcze wcześniej więc spokojnie rozłożyliśmy biwak, z opałem też nie było problemu i po chwili płonęło ognisko. Chcieliśmy by ogień jak najdłużej się palił bo okolica była mocno misiowa 😉

26.05.2009 – DZIEŃ 11 – Curtea De Arges – Zamek Drakuli – Trasa Transfogaraska

Rano zwinęliśmy biwak, śladów niedźwiedzi nie stwierdziliśmy. W tym dniu zamierzaliśmy przebazować się nad Jezioro Vidraru u podnóża Fogaraszy, zanocować nad jeziorem a rano spróbować wyjechać do góry od strony południowej. Opuszczamy Bucegi i kierujemy się do miasta Targoviste, potem na Campulung. Robimy spore koło ale musimy objechać całe góry Leaota, przez które nie ma żadnej przeprawy. Potem kierujemy się do Curtea De Arges, gdzie zwiedzamy słynny monastyr pamiętający czasy, kiedy to miasto było stolicą kraju.

Za miastem wjeżdżamy już na trasę Fogararską i pniemy się cały czas do góry pokonując malownicze wiadukty i tunele. W Poienari na samotnej skale widzimy słynny zamek Drakuli. Wrażenie robi zapora na Jeziorze Vidraru przy której zapora w Solinie to pikuś. Można sobie nawet z niej skoczyć na linie za jedyne 100 euro. Objeżdżamy jezioro ale na wschodniej jego stronie nie znajdujemy miejsca na biwak, brak zjazdu nad wodę i bardzo strome brzegi. Zmieniamy plany i jedziemy wyżej w kierunku Fogaraszy. Rozbijamy się na serpentynie a jednocześnie na lawinisku które dostarczyło nam dużo gotowego opału. Tego dnia ognisko było największe z dotychczasowych bo drewno można by rzec spadło z nieba. W miedzy czasie odwiedzają nas owce z pasterzami przez chwile próbujemy nawet z nimi porozmawiać ale nic z tego nie wychodzi. Udało nam się tylko dowiedzieć że na samej górze trasa jeszcze nie przejezdna. Wieczór i noc pomimo wysokości około 1700m jest bardzo ciepła aż miło posiedzieć.

27.05.2009 – DZIEŃ 12 – Trans Fogaraska od południa

Powitał nas słoneczny poranek, zjedliśmy na śniadanie tosty z ogniska i ruszyliśmy do góry. Wiemy już, że na drugą stronę nie przejedziemy, ale jedziemy ile się da. Nie kończące się serpentyny, kaskady i wodospady robią na nas wrażenie. Spotykamy jakąś ekipę z Czech jadącą kilkoma Hummerami po za nimi praktycznie pusto na trasie. Co zakręt to jakiś ciekawy widok, więc co chwile stajemy na zdjęcia. Nasza radość kończy się kilkadziesiąt metrów przed tunelem, na drodze kilka metrów śniegu i koparki, które próbują przekopać przejazd. Jeszcze z tydzień i się może przebiją bynajmniej od południa.

Zjechaliśmy z powrotem na dół, tym razem Jezioro Vidararu objechaliśmy od zachodu. Droga zachodnia jest raczej dla aut terenowych ale za to więcej miejsc widokowych, lepszy dostęp do jeziora i ciekawiej się jedzie drogą gruntową. Chcemy teraz dojechać do drogi E81 by przedostać się na północną stronę Fogaraszy. Nie chcemy zataczać za dużego koła, więc próbujemy jechać na skróty jakimiś bocznymi drogami. Z pierwszego wariantu z Arefu do Perisani zawracają nas miejscowi ostrzegając, że nawet terenówką nie przejedziemy. Kierują nas na Suici i Calimanesti, wszystko idzie gładko póki droga nie kończy się na osuwisku. Kluczymy po jakiś wioseczkach drogami szerokości samochodu ogrodzonymi płotami (ciekawe jak tu się mijają). Po wielu trudach docieramy do Calimanesti i już trasą E81 mijamy ciekawy masyw Cozia, który będzie trzeba kiedyś też odwiedzić. W końcu osiągamy drogę Sibiu – Braszów i atakujemy trasę Transfogaraską od północy. Robi się już późno, słońce chowa się już za górami, więc sesje fotograficzne odkładamy na następny dzień. Wyjeżdżamy dosyć wysoko i rozbijamy biwak znowu na serpentynach. Niestety tutaj z opałem bardzo krucho, pozostaje nam buszowanie po kosówce i szukanie jakiś suchych kawałków. Jest jeszcze przed sezonem więc trochę suchego opału można znaleźć, latem kiedy tu na każdym płaskim placyku stoją namioty, znalezienie suchego opału graniczy z cudem. Od północy nie jest już tak ciepło i przyjemnie jak od południa, więc pieczemy kiełbaski i uciekamy do namiotów.

28.05.2009 – DZIEŃ 13 – Transfogaraska od północy – Na dnie jeziora

Skończyła się nam licencja na pogodę, tego dnia już nie była dla nas tak łaskawa i nie obudziło nas słońce. Góry w chmurach, widoczność beznadziejna, jedyny plus, że nie pada. Na śniadanie jemy jajecznice, pakujemy się i ruszamy do góry. Od pewnego czasu z pod spodu auta dochodzą do nas stuki, które w końcu udaje mi się namierzyć. Gumowe tuleje łączników drążka stabilizatora zakończyły swój żywot. Po południu postanawiamy odwiedzić jakiś warsztat w okolicach Sibiu i usunąć usterkę.

Dużo wyżej niż biwakowaliśmy nie dojechaliśmy, kilka serpentyn i wyrosła przed nami kilkumetrowa ściana śniegu. Porobiliśmy troszkę zdjęć i powoli zaczęliśmy zjeżdżać na dół robiąc sobie przystanki w co ciekawszych miejscach na zdjęcia.

Zjechaliśmy do stacji kolejki linowej nie bardzo wiedząc co robić. Myśleliśmy by wyjechać na górę kolejką, albo zrobić sobie wycieczkę nad pobliski wodospad. Z jednego i drugiego wyleczyła nas pogoda. Trochę kłopotu narobił nam też przyjezdny Rumun przez którego straciliśmy trochę czasu ale to temat na osobne opowiadanie. Ruszyliśmy w stronę Sibiu, zatrzymał nas jakiś wypadek samochodowy, ruch zamknięty helikopter ratunkowy na środku drogi. Na przedmieściach Sibiu o dziwo autoryzowany serwis Nissana więc wymieniamy wybite tulejki i tracimy następne godziny dnia. Mieliśmy dziś w planach Góry Parang i trasę Transalpine. Wracamy z powrotem trasą E81 do Brezoi i dalej pomiędzy górami Lotrului i Capatanei docieramy do Jeziora Vidra, gdzie planowaliśmy nocleg. Tym razem jednak naprawdę ktoś nam spuścił wodę z jeziora, na jego dnie płynął tylko mały potoczek. Było już późno więc nie było wyjścia rozbiliśmy się na dnie jeziora. Nie posiedzieliśmy też za długo przy ognisku, gdyż zaczęło porządnie lać.

29.05.2009 – DZIEŃ 14 – Trans Alpina – Hunedoara – Góry Apuseni

Poranek był paskudny, w nocy padało i było mokro, zimno i pochmurnie. Postanowiliśmy wyjechać Transalpiną na Przełęcz Urdele i jak się uda to zjechać na drugą stronę. Transalpina okazała się zamknięta co oznajmiał znak zakaz wjazdu. Jakaś Dacia jednak pojechała w kierunku przełęczy więc my za nią, po około kilometrze Dacia zatrzymała się przy stojącej na poboczu wywrotce. Jak się okazało trwa budowa mostu i kierowca wywrotki zawrócił osobówkę a nam powiedział, że możemy jechać bo autem terenowym przejedziemy przez rzekę. Tak też uczyniliśmy, most owszem w budowie ale i dalej na trasie pracują spychacze i poszerzają Transalpine wygląda to tak jak by mieli zamiar asfalt tam wylewać. Chyba w ostatniej chwili udało nam się jeszcze wyjechać na przełęcz offroadową szutrówką. Im wyżej tym widoczność była coraz gorsza aż wbiliśmy się w chmury, z mgły wyjechali nagle jacyś krosowcy, dobrze, że mieliśmy zapalone światła bo pewnie by na nas wjechali. Przejazd na drugą stronę niestety zablokowała nam zaspa śniegu więc musieliśmy się zadowolić przełęczą z zerową widocznością. Jak by tego było mało zaczęło sypać śniegiem i to tak porządnie.

W planach mieliśmy tego dnia mieliśmy jeszcze Góry Retezat a w dniu następnym Góry Godenau, Wrota Dunaju i powrót przez Serbię do Polski. Niestety załamanie się pogody w Karpatach Południowych zmusiło nas do zmiany planów. Ruszyliśmy na północ w Góry Apuseni, gdyż wszystko wskazywało na to, że na północy pogoda jest ok. Ruszyliśmy przez Przełęcz Groapa Seaca do Petrosani a dalej do Hunedoary zwiedzić okazały zamek. Im bardziej przesuwaliśmy się ku północy tym ładniejsza była pogoda, zwiedzając zamek mieliśmy już słońce nad głowami. Dalej ruszyliśmy już w stronę gór Apuseni, zatrzymując się w jakimś miasteczku na obiad i kawę.

W Apuseni wjechaliśmy od zachodu przez przełęcz Vartop i zjechaliśmy do miejscowości Arieseni. Robiło się już ciemno więc postanowiliśmy poszukać jakiejś kwatery, po dwóch tygodniach w namiotach należało nam się trochę komfortu. Zakwaterowaliśmy się w pensjonacie ART warunki wyśmienite za przystępną cenę, wykąpaliśmy się, zeszliśmy na dół do restauracji pobuszować w internecie, pozgrywać zdjęcia i napić się piwa. Niestety gospodarze byli tak mili, że nastąpiła integracja palinkowa. Młodzi ludzie prowadzący obiekt tak zachwalali swoją okolicę, że postanowiliśmy zostać tu dwie doby i w dniu następnym pokręcić się po okolicy. Marcin wraz ze swoją nową, rumuńską, w języku węgierskim książką debatował na tematy botaniczne a gospodarze donosili co chwilę miejscową palinkę. Nim się zorientowaliśmy była już szósta rano, z wielkim trudem dotarliśmy do naszego apartamentu. Nasz stan był na tyle poważny, że wycieczka w teren nie była realna, leczyliśmy się cały dzień i noc po palinkowej biesiadzie by rano następnego dnia wrócić do Polski.

KONIEC

I Twój materiał może znaleźć się w portalu Karpaty.travel.pl. Masz pomysł na ciekawy artykuł, relację z wyprawy, wyjazdu czy wycieczki ? Swoimi wrażeniami możesz podzielić się na łamach naszego serwisu. Wystarczy wyslać na adres mailto:redakcja@karpaty.travel.pl materiał, zdjęcia i oświadczenie, że Jesteś autorem a my po weryfikacji zamieścimy go w odpowiednim dziale.
No votes yet.
Please wait...